koszmar

Nie przywiązuję wagi do snów. Lubię, kiedy są barwne i kiedy dużo się dzieje - ot, fajna odskocznia i gra mojej wyobraźni. Nawet koszmary lubię zwykle, bo w mojej karmionej horrorami klasy B głowie przyjmują najdziwniejsze, najbardziej szalone fabuły.
Ale we wtorek pierwszy raz od dawna obudziłam się zlana potem, z przerażeniem sprawdzając, czy mam z jednej strony łóżka męża, z drugiej młodą.
Sceny ze snu, który zaczął się jakąś nieokreśloną katastrofą (coś wybiło większość ludzkości, musiałam zdobywać jedzenie w opuszczonych sklepach i zastanawiałam się, na jak długo starczy zapasów, skoro nikt już niczego nie wytwarza), a skończył wojną i bombardowaniami, cały dzień siedziały mi w głowie.
Pamiętam ucieczki i potworny lęk o siebie i o dziecko. Pamiętam przedzieranie się przez tłum, napierający w przeciwnym kierunku - bo właśnie tam, skąd uciekali, spała moja córka i musiałam, za wszelką cenę musiałam ją stamtąd zabrać.
Brrr... I wciąż świadomość, że muszę zrobić wszystko, żeby przeżyła, i żebym ja przeżyła, bo inaczej nikt jej nie obroni.

Wciąż mam w pamięci ten trzepocący lęk.

Odkąd jestem matką, znacznie silniej i boleśniej odczuwam własną śmiertelność. O krzywdzie mojego dziecka nie mogę myśleć spokojnie. Myśl o tym, że mogłoby mnie nie być przy niej, budzi najciemniejsze lęki.
Mocniej wbija się we mnie każda przeczytana, zasłyszana krzywda, choroba, ból dziecka.

Macierzyństwo intensyfikuje emocje w niepokojącym stopniu.

Ire 28.05.2014, 11:47

Tak, emocjonalność a zwłaszcza wrażliwość na krzywdę dziecka też mi wzrosła potwornie odkąd mam Miłosza. Pamiętam jak przy historii małej Madzi mniej byłam "oburzona" tą historią a bardziej wczuwałam się w sytuację i odczucia dziecka, wyobrażałam sobie jego ufność Matce i lęk gdy ta kochana Mama robi jej krzywdę... A wyobraź sobie jak się czułam po koszmarze w którym lekarz powiedział, że Miłosz jest nieuleczalnie chory i później będzie tylko strasznie cierpiał i lepiej będzie jak teraz umrze we śnie i dałam Mu ten zastrzyk... :(

jaskrawa 05.05.2014, 20:36

Mam dokładnie to samo, lepiej bym tego nie opisała. Sny o wojnie... regularne...

Właśnie dlatego tacy naprawdę zaangażowani buddyści (you know ;)) nie mają dzieci. Chcą okiełznać emocje, a te rodzicielskie są chyba niemożliwe do wyciszenia.